Sięgając po "Fantastycznego Pana Lisa" i ściągając go z półki w wypożyczalni miałam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony - poklatkowa animacja i nazwisko Roalda Dahla na okładce zwiastowały coś, co zapewni mi wieczór pełen wrażeń. Z drugiej - sztampowa na pierwszy rzut okaz historia i nierówny, dziwaczny zwiastun przywodził mi na myśl futerkowe Ocean's Eleven dla dzieci (co za komplement wzięte być nie powinno za żadne skarby z jakiegokolwiek kasyna). Jednak pierwsze pięć minut filmu pokazało mi, oprócz feerii brązów, żółci i czerwieni, że nie zmarnowałam tych ośmiu złotych i że mam przed sobą film nietuzinkowy, interesujący i głęboko wciągający w dół tej lisiej nory. Dlaczego?