Kiedy otrzymałam do rąk pierwszą w moim życiu książę Leopolda Tyrmanda, "Filipa" byłam lekko zdegustowana opisem na okładce. Kolejne wojenne losy, roboty przymusowe, biedni Polacy i demoniczni Niemcy, wykrzyknienia 'ależ ojczyzna!' i reszta tego, co zwykło się uważać w kręgach nazwijmy to literackich za ideał powieści o II wojnie światowej - bo, jak wiadomo, mają one uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć, a nie po prostu bawić. Co, chcielibyśce żeby było zabawnie? A prześladowania, Gestapo, SS, gazowanie Żydów?! No jak możecie o tym nie myśleć, a fe!
Ale pierwszych kilka stron "Filipa" pokazało mi, że przesadzam w drugą stronę, odrzucając z miejsca powieści obyczajowe umiejscowione w czasie II wojny światowej. Nie żebym była wielką fanką obyczajówek, ale czasem trzeba coś takiego przeczytać choćby dla znalezienia kolejnych argumentów na idiosynkrazję do nich. Tyrmand, bazując na swoich losach, potrafił przedstawić problematykę II wojny światowej w sposób tak naturalny, prosty i wciągający, że połknęłam tę książkę jednym chapnięciem.